poniedziałek, 14 maja 2012

Monument Valley


23.04 Monument Valley
Po prysznicu zeszła trochę nam opalenizna więc dzida do Nowego Meksyku. Prysznic był zbawieniem na klejące się nasze ciałka, to takie zresetowanie ciała do zera, kop energii i świeżości, jest to coś co jest jednym z największych osiągnięć cywilizacji dostępnych dla każdego w cywilizowanym świecie i my chcieliśmy być tacy cywilizowani. Udaliśmy się więc do publicznych prysznicu na terenie parku, kosztowało to 2 dolary za 8 min,  czyli chyba taniej niż na mazurach, trzeba było się przygotować, w domu jak wpadam pod prysznic jest to przynajmniej 20 min przygoda z czego 5 min to mycie a 15 to po prostu przyjemność z oblewania ciałka ciepłą wodą. Tutaj nie było na to czasu, dostaliśmy po 8, 25 centówek które wkładało się do maszyny „startowej „  i woda leciała i na dodatek też ciepła, ah ta Ameryka czego oni tu nie mają i mają. 
Mimo powolnych ruchów udało się około 13 kupić wjazdówkę do Parku i zamiana za kierownicą. Znów trafiło na mnie a droga jakoś  nie wyglądała na super oswojoną. Trasa widokowa na najbliższa 27 kilometrów zapowiadała się ciekawie. Jak ktoś oglądał Strusia Pędziwiatra i Kojota to można poczuć się zupełnie jak w tej bajce. Człowiek wsłuchuje się i wypatruje tych bohaterów, niestety nigdzie nie było ich widać. W ofercie można było jednak wykupić wycieczkę helikopterem bądź konno, wyroby Indian Navajo, z jednym to Tomaszek sobie pogadał.

Ciekawostką było że trasa objazdowa po najciekawszych pomnikach przyrody nie była jak dotąd asfaltowa, był to po prostu ubity czerwony piach który miał nam wystarczyć do poruszania się i poczucia jak na prawdziwej dziczy. Dla mnie bomba ! Szkoda tylko że muminek nie był terenowy. Sam park przypominał już odwiedzony przez nas park Arches, tylko ten nie miał piaskowych łuków. Z tego co wiem większość filmów o dzikim zachodzie było kręcone właśnie w tych okolicach. 
Trochę zaczęło nam się już nudzić, więc ruszyliśmy ku wyjściu a tu rzecz nie spotykana, korek na drodze. Rzecz jasna korek w Ameryce jest znany ale w Parku to tak nie koniecznie, gdyż co i rusz są zatoczki. Miła Pani podchodzi do okna i informuje że na ostatnim odcinku Parku kręcą film z Johnym Deepem i jeszcze jakąś amerykańską gwiazdą i na razie nie ma przejazdu. Później mogliśmy objechać i zostało nam tylko wypatrywać oczkami za planem filmowym. Z Tomaszkiem przygody nie mają końca  Co ciekawe film będzie miał premierę w 2013 roku jego tytuł to „The Lone Ranger"  może go obejrzymy 
Z okazji zbliżającego się zachodu słońca udaliśmy się na kolację do restauracji na terenie Parku. Zamówiłam sobie kurczaka ala Johny Wayn z frytkami i jak później zauważyłam z niedogotowaną, niedojrzałą, zieloną fasolką. Ja za to zamówiłem sobie z ciekawości Chilli con carne z niebieskimi tortillami. Z nadzieją że będzie to odnośnik do tego jak ja to robię w domu. Oj był to lekki szok bo dostałem to danie podane jako zupa. Hm.. i już nie wiem czy było to napisane w karcie czy też nie bo zawsze po wyborze dania, kartę nam zabierano. Smakowało w sumie podobnie do tego co ja robię w domu, tylko jako zupa nie za bardzo mi się ten pomysł spodobał. Szybko wizyta w sklepie z pamiątkami i zaczynało się codzienne przedstawienie matki natury, jedno z lepszych jakie można sobie wyobrazić gdziekolwiek jesteś, po za tym jest za darmo, zachód słońca. Myślałem że najlepszym jaki widziałem był zachód dzień wcześniej nad wielkim kanionem, lecz ten równie dobrze wypadł i miałem niezły orzech do zgryzienia, który był lepszy. Oba miały chyba to samo w sobie, bo przy jednym i drugim zastanawiałem się czy to czasem nie sen że ja tu jestem i że widzę to na własne oczy. 

Droga do samego parku była już malownicza

O jakieś skałki

Skałki i my

Drzewo i skałka

Koń i skałka

Jogin Tomasz i Skałki

Muminek i skałki

Monika i jedzenie :-)))

Zachodzie mój zachodzie....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz